NOWY BLOG

HEEEEY LOVIES!


http://i-chose-you.blog.pl/

No więc, własnie skończyłam szkołę i czuję się taka #jobless :)

Parę tygodni temu już zaczęłam pisać nowe opowiadanie o Tytanach, konkretnie Raven, BB, Dick, Kori oraz Jasonie. W tym samym czasie stałam się też fanką SHIELD’a. Dlatego oto i jest – mieszanka wybuchowa :) Tym razem bohaterowie wcielą się w zupełnie nowe role. Jestem pewna, że zdziwicie się doborem osobowości!

Także… Zapraszam. Jak wpadniecie to zostawicie komentarz. To strasznie motywuje!

PS. Przepraszam za okropny wygląd bloga, ale dla mnie liczy się tylko pisanie :)

Chapter 34 (ostatni): Mrugnięcie okiem

Kolejny dzień. Kolejna noc. Dni płynęły zbyt szybko,  jednocześnie wstąpiła w nie pewna monotonność. Chroniłem Gotham  najlepiej jak mogłem, jednak odczuwałem pustkę z powodu braku syna, który kiedyś walczył przy moim boku.

Wszedłem do jaskini, zdejmując czarne rękawice. Jak zwykle wpierw udałem się do małego pokoju, o którym wiedziałem tylko ja i Alfred. Otworzyłem drzwi, spodziewając zobaczyć się zwykły, nieruchomy obraz. Zamiast tego jednak półnagi mężczyzna siedział na łóżku, próbując pozbyć się podpiętej kroplówki.

-Dick? – zwróciłem się do niego, jednak on nie zareagował. Mężczyzna trząsł się z zimna, dlatego zarzuciłem na niego koc. Dopiero wtedy zwróciłem na niego swoją uwagę.

Spojrzał w moje oczy, kiedy zdjąłem maskę. Położyłem rękę na jego ramieniu, a on wzdrygnął się lekko, jednak widziałem, że powoli wraca jego świadomość.

-Witaj z powrotem w świecie żywych – powiedziałem, uśmiechając się do niego. Od niecałego roku zajmowaliśmy się chłopakiem, teraz już 20-latkiem, który prawie zginął w pożarze. Udało mi się go wtedy ocalić, jednak jego ciało było prawie w 90% poparzone, stracił dużo krwi i miał poważne obrażenie wewnętrzne. Był praktycznie martwy. Przyprowadziłem go tutaj, zapewniając najlepszą ochronę i wykorzystując najnowocześniejszą technologię by mu pomóc. Nastąpił ogromny progres – wszystkie jego rany zostały uleczone, ale jego mózg nie pokazywał żadnej aktywności. Aż do teraz.

Richard Grayson wrócił do życia.

 

 

 

Najpierw włożyłam małego Jamesa do kołyski, a dopiero potem wzięłam się za wypakowywanie zakupów z bagażnika. Słońce świeciło wysoko, rozświetlając moje krótsze, jednak wciąż równie gęste i kręcone, loki. Złapałam ostatnią torbę, w której znajdowały się jabłka. Drugą ręką odebrałam wiadomość, którą dostałam na telefonie.

Hej, Kori! Obiad w niedziele? Harm

                Odpisałam krótkie „jasne”, po czym włożyłam komórkę do tylnej kieszeni spodni. Początkowo Harm chciał być ze mną, wychować Jamesa jak swojego syna, jednak ja wiedziałam, że moje serce należało tylko do jednego mężczyzny. A on odszedł. Było dla mnie za wcześnie, by stworzyć nowy związek, więc zostaliśmy przyjaciółmi. Młody mężczyzna często pomagał mi przy dziecku, przez co miałam dla niego dług wdzięczności…

Weszłam po schodkach do domu, zamykając za sobą drzwi. Rozejrzałam się po kuchni i poczułam coś niepokojącego. Dopiero po chwili dotarł do mnie dźwięk wesołej melodyjki, którą puszczała obracająca się karuzela samolotów and kołyską Jamesa. Nie pamiętałam, żebym ją włączała. Usłyszałam wesołe gaworzenie dziecka.

Nie zastanawiając się pobiegłam do jego pokoju. Pomalowany był na niebiesko. Drewniana kołyska stała na środku, oświetlona światłem słoneczny z otwartego okna. Nad nią pochylał się wysoki mężczyzna, ręką dotykając policzka Jamesa. Stał odwrócony do mnie plecami.

-Hej! – krzyknęłam ze złością w głosie, czując jak włosy stają w płomieniach – Odsuń się od mojego dziecka!

Wtedy moje serce zatrzymało się na milisekundę. Ujrzałam ducha, a przynajmniej tak mi się wydawało. Postać odwróciła się w moim kierunku. Wysoki mężczyzna miał kruczoczarne włosy, które zostały schludnie przystrzyżone, jednak zachowały swój chaotyczny nieład. Niebieskie oczy wpatrywały się we mnie z pamiętnymi iskierkami. Wydawał się chudszy, bladszy, jednak zdecydowanie to był on.

Poczułam jak papierowa torba wysuwa się z mojej ręki, a po chwili na podłodze poturlały się jabłka. To było bez znaczenia.

Podeszłam do niego, bojąc się, że w każdej chwili może zniknąć. Nawet jeżeli miałby to być sen, byłby wspaniały. Poczułam jak policzki stają się mokre. Przełknęłam ślinę, dotykając jego szorstkiego podbródka. Jego oczy uśmiechnęły się w moim kierunku, kiedy przycisnął mnie do swojej piersi. Otoczył mnie swoim silnym ramieniem i pozwolił płakać. Rozumieliśmy się bez słów.

Po paru minutach ujął moją twarz w dłonie.

-Ty żyjesz…  Ale jak? – powiedziałam, zatracając się w jego spojrzeniu. Mężczyzna uśmiechnął się lekko, ukazując białe zęby.

-To długa historia. – powiedział, po czym złożył na moich ustach długi pocałunek pełen tęsknoty. Mały James wesoło zaśmiał się w kołysce, a nasza dwójka spojrzała na niego jednoczenie. Po chwili mój wzrok padł na twarz Richarda, który teraz wpatrywał się w niemowlę. Z jego oblicza promieniowało szczęście.

-Jest idealny – powiedział w zamyśleniu.

-Mówisz tak tylko dlatego, że całkowicie przypomina ciebie? – powiedziałam, śmiejąc się przez łzy szczęścia.

Wzięłam naszego syna na ręce i podałam je niepewnemu mężczyźnie. Po chwili jednak oswoił się z myślą, ze jest ojcem, a ja obserwowałam ten obrazek, stojąc przy jego boku.

-Tęskniłam za Tobą – powiedziałam, jednak Dick był zupełnie pochłonięty zabawą ze swoim mniejszym klonem, który teraz gaworzył wesoło, kiedy jego ojciec delikatnie podnosił go w górę i dół.

Po dłuższej chwili maluszek zmęczył się i położyliśmy go do kołyski. We dwójkę udaliśmy się do salonu, cichutko siadając na kanapie. Mężczyzna chwycił mój dłoń.

-Nic się nie zmieniłaś – powiedział, wpatrując się uważnie w moją twarz. Zarumieniłam się. Wciąż byłam tylko głupią nastolatką.

-Co się stało? Jakim cudem przeżyłeś? – spytałam.

-Zostawmy to na potem – powiedział, po czym pocałował mnie gorąco. Jego ręce wędrowały po moim ciele, a ja czułam się jak gdybyśmy nigdy się nie rozstali.

Zasnęliśmy na kanapie razem, trzymając się za ręce. W środku nocy James zaczął płakać, a ja po raz pierwszy nie musiałam wstać, by się nim zająć. Dick delikatnie zostawił mnie samą i poszedł zająć się naszym synem.

Poczułam ciepłe uczucie w sercu.

Wreszcie moje życie było dopełnione.

 

*7 lat później*

-A teraz zdmuchnij świeczki i pomyśl życzenie! – powiedziałam do solenizanta, który stał na taborecie przed wielkim tortem, który upiekłam tego poranka. Wokoło zgromadziła się rodzina – Harm ze swoją narzeczoną Iris, Raven i Jericho, z zawiniątkiem na ramionach, Bestia, ubrany w garnitur, gdyż wpadł do nas prosto z gali rozdania nagród naukowych. Po drugiej stronie stał Bruce, dumnie patrzący na swojego najstarszego wnuka, a u jego boku pojawił się dopiero co nowy członek naszej rodziny – Damian, biologiczny syn Batmana, który nie wydawał się być zainteresowany tym, co się działo.

Do pokoju wkroczył Richard, trzymający na ramionach dwie małe, jednoletnie postacie obserwujące wszystko z zaciekawieniem. Włożył je do ich wielkiego kojca na ziemi, wypełnionego zabawkami i pluszakami, po czym wrócił do nas. Objął mnie w pasie i pocałował w policzek.

Z dumą obserwowaliśmy jak nasz najstarszy syn zdmuchuje świeczki.

-A teraz czas na prezenty – powiedział Dick wyciągając zza pleców pięknie zapakowane pudełko, w którym wiedziałam, że znajduje się drewniany miecz. James spojrzał na nie z zaciekawieniem, a ludzie wokół zaczęli rozmawiać między sobą. Nie mogłam uwierzyć, że czasami wszystko było tak zupełnie normalne.

Młodzi Tytani wciąż działali, jednak jedynymi członkami w pokoju byli Jericho oraz Bestia. Do grupy dołączyło jednak paru nowych bohaterów, którzy sprawdzali się w swojej roli. Raven odstąpiła, kiedy rok temu urodziła się Meytrei . Ponadto, każdy znalazł swoją drogę – Bestia wykupił STAR labs, a Harm usadowił się w radzie miasta, po nagłej śmierci jego matki i został wybrany na burmistrza. Ja już dawno przestałam zajmować się zwalczaniem przestępczości, jednak trenowałam Jamesa, który wykazywał niezwykle zdolności w tej dziedzinie. Richard działał jako Nightwing, co często niemal przyprawiło mnie o zawał serca. Szczególnie kiedy urodziły się bliźniaczki – Mari i Laurel. Ufałam mu jednak całkowicie i wiedziałam, że to część jego natury.

Goście zostali do 23. Rano musiałam wysłać Jamesa do szkoły, więc pomimo jego oporów, wysłałam go do łóżka. Ucałowałam go na dobranoc, a on oburzył się z tego powodu.

-Nie jestem już dzieckiem! Mam już 8 lat! – powiedział, robiąc groźną minę.

-No dobrze, już dobrze. Przepraszam – powiedziałam, zamykając drzwi do jego pokoju i gasząc światło. W głębi serca jednak śmiałam się z całej sytuacji. Przypominał mi Richarda w każdym małym detalu. Miałam nadzieję, że dziewczynki odziedziczą trochę ze swojej matki. Przynajmniej nie były klonami ich ojca, bo obie miały brązowe włosy, powstałe z mieszaniny naszych genów, a ich oczy były zielone. Wiedziałam, że kiedyś będą pięknymi kobietami.

Dick właśnie wychodził z pokoju dziewczynek, z którego leciała cicha kołysanka.

-Będę leciał na patrol – powiedział, całując mnie w usta.

-Nienawidzę, kiedy to robisz  – powiedziałam, odwzajemniając pocałunek. Objął mnie i przysunął bliżej siebie.

-Jesteś najwspanialszą i najbardziej wyrozumiałą żoną na świecie – powiedział, podlizując się i zasypują mnie pocałunkami na szyi.

Zaśmiałam się.

-Idź już lepiej  – powiedziałam, odpychając go jedną ręką. Mężczyzna niechętnie wypuścił mnie z objęć.

Wyminął mnie na korytarzu, po czym wyszedł do tajnego pokoju w naszej rezydencji. Ja usiadłam w salonie, włączając telewizor i sącząc kubek herbaty. Po poru minutach cień przemknął przez pokój i poczułam pocałunek na głowie.

-Dobranoc, kochanie – usłyszałam.

-Dobranoc – powiedziałam, jednak jego już nie było. Uśmiechnęłam się w duchu, ciesząc się, że wreszcie miałam to o czym najbardziej marzyłam – własną rodzinę.

 

 

 

Kochani! To już koniec tego opowiadania – muszę przyznać, że przeleciało strasznie szybko, no ale to już moja wina, bo dodawałam notki praktycznie codziennie! (nie wiem czy to dobrze czy źle…)

W każdym razie czekam na Wasze refleksje – co byście zmienili w pisaniu albo w fabule? Co podoba się Wam najbardziej a co najmniej? :)

No i oczywiście ruszył mój DRUGI blog, z kolejnym opowiadaniem o bardzo (nie)typowych Tytanach, ale sami sprawdźcie:
http://stars-in-fire.blog.pl/

Dziękuję, że byliście ze mną!

Chapter 33: Poświęcenie w imię miłości

Nie czułem już bólu, mimo że początkowo był przeszywający. Z klatki piersiowej promieniało zimno, które powoli i kojąco rozchodziło się po całym ciele. Miałem oczy zamknięte, jednak czułem że ktoś był przy mnie. A potem ktoś ją zabrał ode mnie. Jej płacz, jej złość, jej zemsta, jej porażka…

Pamiętam jej uśmiech. Pełne usta. Białe zęby. Mały nosek. Wielkie, przykuwające uwagę oczy, mieniące się zieloną poświatą. Opalona skóra, po której wędrowały moje ręce. Idealna talia. Zgrabne nogi. Długie, gęste loki, sięgające pleców.

                Słyszałem jej melodyjny głos. Jej śmiech, kiedy delikatnie całowałem ją w czoło. Ton jej głosu, gdy była poważna, lub gdy krzyczała. Słyszałem jej płacz – ten szczęśliwy i ten smutny.

                Czułem jej dotyk. Jej dotyk na moim ciele i moje ręce dotykające jej ciała. Delikatnej skóry i idealnych kształtów. Czułem jej zapach. Słodki i przyjemny, a jednak nie monotonny. Zapach rosy o poranku, zapach zachodzącego słońca, zapach umierającego fiołka…

                Była idealna. Była wyjątkowa. Była moja.

Zbierając całe siły powoli sięgnąłem do kieszeni spodni. Wyczułem małe urządzenie. Sam je skonstruowałem parę tygodni temu. Był to mały granat, jednak wystarczająco silny by wysadzić połowę pokoju.

Kątem oka dostrzegłem leżącą rudowłosą, która właśnie otwierała oczy. Ujrzała mnie, kiedy wytarzałem się z kałuży krwi. Zobaczyłem strach w jej oczach i szepnąłem nieme „Uciekaj”.  Dziewczyna rzuciła się z prędkością światła ponad ziemię, zbierając po drodze Raven i Jericho. Wycelowałem i rzuciłem. Zamknąłem oczy, czekając na koniec…

 

Richard kazał mi uciekać i pomimo tego, ze to była ostatnia rzecz jaką chciałam zrobić, wiedziałam, że to była właśnie możliwość ucieczki. Dzięki swojej szybkości udało mi się zabrać Raven i Jericho w bezpieczne miejsce, poza rezydencje. Natychmiast wróciłam z powrotem, jednak dom zajął się ogniem.

Patrzyłam jak całe życie Richarda Graysona staje w płomieniach. A w środku znajdował się sam ostatni potomek rodu Graysonów. Rzuciłam się do środka, nie zważając na płomienie smagające moje ciało. Dotarłam do salonu, przedzierając się przez dym, kaszląc jakbym miała wypluć płuca. Zobaczyłam palące się, teraz już prawie roztopione, części cyborgów. Pod ścianą leżało ciało, otoczone w ciemną satynę. Zastanawiałam się, czy jestem złym człowiekiem, skoro w ogóle nic nie poczułam na ten widok.

Dopiero teraz zauważyłam zwaloną szafę na nieruchome ciało. Płomienie zbliżały się i już prawie sięgały chłopaka. Rzuciłam się do niego, używając całej siły by podnieść mebel na bok. Sprawdzałam puls, jednak nic nie wyczułam.

Jericho! Potrzebowałam Jericho! Chciałam zabrać ciało Richarda na ręce, jednak wtedy poczułam jak ciemna postać za mną ciągnie mnie za włosy. Odwróciłam się gwałtownie, widząc przez dym sylwetkę mojej siostry. Jej twarz była skąpana we krwi.

-Zasługujesz na to by Twój ukochany umarł! – powiedziała, wcelowując we mnie fioletową kulą ognia. Nie zdążyłam uciec i uderzyłam głową o ścianę. Upadłam na podłogę, łapiąc łapczywie powietrze. Kobieta złapała mnie za gardło i podniosła wysoko.

-Nawet nie wiesz jak dawno chciałam to zrobić – powiedziała, a w jej fioletowych oczach mogłam zobaczyć zazdrość i gniew. Jej kościste dłonie zacisnęły się na moim gardle, a ja przestałam walczyć. Poczułam jak życie powoli odpływa z mojego ciała…

 

*2 dni później*

-Jej wyniki są w normie. Dzięki Jerichu nie będzie miała żadnych blizn po oparzeniach, jednak na razie nie wiemy, kiedy się obudzi – usłyszałam męski głos, który znałam, jednak nie potrafiłam go skojarzyć.

Leżałam na miękkiej poduszce, przykryta cienkim kocem.

-Dziękuję, Bruce, że tutaj jesteś .– kolejny głos byłam w stanie z łatwością rozpoznać. Harm rozmawiał z Batmanem o moim stanie.

-Jestem tu dla niego– powiedział zimnym głosem – Chciałby bym się zajął nią i dzieckiem.

Dzieckiem? Jakim dzieckiem!? I dla kogo Bruce miałby tutaj być?

Nagle rozległ się dźwięk przyspieszonego bicia serca na wszystkich maszynach do których byłam podpięta.

-Kori? – usłyszałam zmęczony i zaniepokojony głos Harma, po czym poczułam jego dotyk na mojej dłoni, spoczywającej na łóżku. – Kori, to ja, Harm.

Powoli otworzyłam oczy. Pomieszczenie było przyciemnione i sterylne. Na oknach znajdowały się żaluzje, a światło padało z małej lampki na stoliku nocnym. Leżałam na środku małego pokoju, podpięta do co najmniej dwóch maszyn, pokazujących moje parametry życiowe.

-Cieszę się, że wreszcie się obudziłaś – spojrzałam na Batmana, który właśnie opuszczał pokój, posyłając mi smutny uśmiech współczucia. Wyglądał źle. Zupełnie jak cień człowieka. – Zostawię was samych.

Drzwi zamknęły się z lekkim skrzypnięciem, a ja spojrzałam na chłopaka przy łóżku. Jego ręka zwisała na temblaku, a na twarzy znajdowały się świeże blizny.

-Hej, Kori – powiedział, ukazując białe zęby. Zmienił się trochę. Dopiero teraz zauważyłam, że ponownie miał krótsze włosy, które w schludnym nieładzie zdobiły jego głowę, dodając mu uroku. Jego czarne oczy świdrowały moje, a oliwkowa cera dodawała mu łagodności.

-Hej, Harm – powiedziałam, czując że coś mi umyka. Jakaś istotna informacja, która chowała się gdzieś z tyłu mojej głowy.

-Pamiętasz co się stało? – spytał, ściskając moją dłoń mocniej. Kiwnęłam głową z zaprzeczeniem.

Chłopak westchnął smutno.

-Kori, Blackstar zaatakowała ciebie i Dicka. – zobaczyłam urywki wspomnień w mojej głowie – Udało ci się wydostać Raven i Jericho z płonącego budynku. Są cali…

-Co z Dickiem? – spytałam, czując jak moja ręka poci się w jego uścisku. Podświadomość już jednak znała odpowiedź. Wyrwałam dłoń z jego objęcia, po czym wydałam z siebie okrzyk bólu i zaprzeczenia. Skuliłam się na łóżku, ruszając się spazmatycznie , podczas gdy Harm próbował mnie bezowocnie uspokoić.

Zajęło mi parę minut, jeżeli nie godzinę, by dojść so stanu, w którym przestałam się trząść. To nie był ból fizyczny, jednak sama myśl o tym, że już nigdy więcej go nie zobaczę, że nigdy go nie pocałuję, ani nie poczuję się kochana w jego ramionach. Przed oczami stanęło mi świdrujące spojrzenie jego niezwykle błękitnych oczu, których nie miał nikt inny.

Harm mówił dalej, podczas gdy ja wpatrywałam się w pustą przestań przede mną.

-Kiedy przybiegłem do rezydencji było już za późno. Blackstar próbowała cię zabić. Musiałem cię ratować…

-Miałeś ratować jego, nie mnie… – powiedziałam, początkowo spokojnie. Powtórzyłam to zdanie trzykrotnie, obwiniając winą bruneta siedzącego przede mną.

-Przestań – powiedział nagle. Umilkłam. Ton jego głosu był spokojny i wyrozumiały – On już nie żył, Kori. Dick nie żyje.

Dick nie żyje… Dick nie żyje… Słyszałam w głowie rozchodzące się echo.

-Muszę zostać sama – powiedziałam. Ciemnooki kiwnął głową ze zrozumieniem.

-Jest jeszcze jedna rzecz – powiedział nagle.

-O co chodzi? – powiedziałam zmęczona i wyczerpana, jednocześnie nieczuła na cały otaczający mnie świat.

-Kori… – zawahał się na chwilę, jednak potem spojrzał mi w oczy – Jesteś w ciąży…

 

 

 

*10 miesięcy później*

Jeszcze parę miesięcy temu myślałam, że już nigdy nie napotkam spojrzenia bystrych niebieskich oczu. Oczu tak niebieskich, że przypominały lustro oceanu, w który można było się utopić. A jednak…

Trzymałam na rękach małego, wesoło wierzgającego chłopczyka. Miał dopiero 3 miesiące, jednak już był w stanie uczynić moje życie na tyle interesujące, że ciągle kręciłam się wokół jego osoby. Chyba mu się to podobało. Delikatnie otworzyłam drzwi, po czym umieściłam dziecko w niebieskim foteliku, zapinając go pasami.

To był nasz pierwszy wspólny wyjazd na zakupy. Pomimo tego, że miałam dopiero co skończone 19 lat stałam się w pełni samowystarczalna. Odeszłam z Młodych Tytanów, którzy dalej funkcjonowali w nieco pomniejszonym składzie Jericho, Raven, Bestia oraz Barbara. Zamieszkałam na przedmieściach, w małym domku z paroma pokojami. Fortuna Richarda została przekazana jego jedynemu potomkowi, jednak obiecałam sobie, że poczekam aż skończy 18 lat. Pracowałam na pół zmiany w STAR Labs, gdzie pomagałam nad badaniami nowych prototypów, dzieląc się swoja wiedząc z Tamaranu. W tym czasie zostawiałam syna z przyjaciółmi lub wynajmowałam zaufaną niańkę.

Włączyłam samochód i ustawiłam cicho radio. Spojrzałam w lusterko na chłopaczka, którego głowę skrywały cienkie, czarne włosy. Uśmiechnęłam się sama do siebie, myśląc o tym jak bardzo przypomina ojca. Nigdy nie płakał, a czasami mogłabym przyrzec, że stara się być poważny. Zastanawiałam się czy powinnam mu powiedzieć o tym, kim był jego ojciec? Jak zginął? Dlaczego był najodważniejszym i najlepszym człowiekiem jakiego znałam? To były pytania, które mogły jeszcze trochę poczekać…

Odpaliłam silnik, wsłuchując się w odgłosy melodii.

-Jedziemy do domu, James – powiedziałam, po czym wcisnęłam pedał gazu.

 

 

 

I to już PRZEDOSTATNI rozdział! Ostatni pojawi się jutro :) Bardzo proszę o komentarze! Pozdrawiam :*

Chapter 32: Pokonani

Kolejnego ranka obudziłem się w nowym pokoju. Postanowiliśmy z Dickiem, że najlepiej będzie, jeżeli będę przebywał z ludźmi, którzy pozwolą mi się nauczyć kontroli. Młodzi Tytani mieli mnie szkolić – w tym Kori.

Usłyszałem pukanie, po czym do pokoju weszła Tamaranka. Wyglądała olśniewająco – miała na sobie jeasnową kurtkę, przykrywającą czarny top oraz obcisłe rurki. Jak tylko mnie zobaczyła na jej twarzy pojawił się uśmiech niedowierzania i podbiegła do mnie, rzucając mi się na szyję.

Początkowo czułem się jak sparaliżowany, bojąc się dotyku tej delikatnej istoty. Jednak kiedy dziewczyna wtuliła się w moje ramiona, odwzajemniłem przytulenie. Cały strach przeminął, kiedy znów trzymałem ją w swoich ramionach.

-Kori – powiedziałem – przepraszam za tamtą noc. Nie wiem, co we mnie wstąpiło, nie potrafiłem się opanować, mogłem zrobić ci krzywdę…

-Shhh – powiedziała kładąc mi palec na ustach – To nie byłeś ty.

Drugą ręką odgarnęła moją grzywkę, pod którą skrywała się blizna.

-Przeszedłeś w życiu za wiele – powiedziała – Nie zasłużyłeś sobie na taki los.

-Ty też nie.

-Ocaliłeś mnie. Ty i Dick. Nie byłoby mnie tu teraz. Moja kolej się odwdzięczyć. – uśmiechnęła się wesoło i pociągnęła mnie za rękę.

Stanąłem jednak w miejscu i przyciągnąłem ją z powrotem do siebie. Nie czekając na jej zgodę, pocałowałem ją namiętnie w usta. Początkowo odwzajemniła pocałunek, jednak już po paru sekundach przestała.

-Coś nie tak? – spytałem. Wciąż miałem nadzieję, że nasz uczucia były takie same.

-Nie, nie… – speszyła się dziewczyna i odgarnęła rudy lok za ucho. Widziałem zagubienie w jej wielkich zielonych oczach, jak gdyby coś przede mną ukrywała. Poczułem się nagle nieswojo. – To nie jest dobry moment – powiedziała, unikając spojrzenia moich oczu.

-Czy przez te parę miesięcy coś się zmieniło? – spytałem bardziej dobitnie.

-Mówiłam ci, to nie jest dobra pora…

-To przez to kim się stałem? Może nie potrafię kontrolować swoich mocy, ale wciąż jestem tą samą osobą… – powiedziałem.

-Wiem, Harm, wiem… – powiedziała czule – Pomogę ci.

Uśmiechnąłem się słabo, wciąż czując, że coś jest nie tak.

-Chodźmy na śniadanie – powiedziała, a ja podążyłem za nią, obserwując jej rude, gęste loki.

 

 

Nie dotarliśmy nawet do salonu, kiedy w wieży rozległ się donośny, przeszywający alarm, oznaczający kłopoty. Z drugiej strony wyskoczył Richard, a z drugiej Bestia, oboje biegnący do salonu.

-Kori! – krzyknął Dick – Musimy cię ukryć!

Poczułam jak ramię Harma obejmuje mnie w pasie. Poczułam się nieswojo i mogłabym przysiąc, że zobaczyłam iskrę zazdrości w oku czarnowłosego, obserwującego nas z napięciem. Jego twarz pozostała jednak kamienna.

-O co chodzi? – spytałam, próbując się dyskretnie wyrwać z objęcia, jednak z niewielkim skutkiem.

-Jericho namierzył statek Tamaran, osiadający właśnie w Gotham. Mogą być tu lada moment – powiedział, w tej samej chwili chwytając mnie za nadgarstek i ciągnąc za sobą.

-Pomogę! – krzyknął Harm, stając w gotowej pozycji.

-Nie! – krzyknęliśmy niemal jednocześnie z Dickiem. Spojrzeliśmy po sobie zdając sobie sprawę z dziwności tej sytuacji. Nasze dłonie rozstały się w tym samym czasie, jednak uczucie jedności wciąż pozostało. – To niebezpieczne – powiedział Richard, na co brunet kiwnął głową.

-Nic mi się nie stanie. Musisz teraz uciekać, Harm… – powiedziałam, przesyłając mu uśmiech. W tej samem chwili Dick znów pociągnął mnie za sobą.

Biegliśmy przed siebie. Weszliśmy do piwnicy, która była połączona z siecią tuneli. Po drodze chłopak objaśniał mi plan.

-Raven i Jericho powiadomią nas o ich liczności, na razie polecieli na miejsce statku. – mówił, kiedy przepuszczał mnie przed sobą w niewielkim tunelu, w którym musieliśmy porządnie się zgiąć i chodzić na kolanach – Bestia obserwuje wieżę z pobliskiego wieżowca, bo to pierwsze miejsce gdzie się udadzą, zakładając że są tutaj po ciebie. My udamy się do mojej rezydencji.

-Masz rezydencje? – zapytałam z zaskoczeniem. Chłopak przewrócił oczyma.

-Nie chwalę się codziennie, że jestem spadkobiercą fortuny… A teraz wskakuj.

Wskoczyłam do tunelu, a ciemnowłosy zrobił to samo zaraz za mną. Czułam się dziwnie, wiedząc, że ma przed sobą mój tyłek w obcisłych jeansach. Szliśmy jakieś 10 minut, aż w końcu chłopak, dzięki pomocy jednej ze swoich zabawek, zawiadomił mnie, że mam otworzyć jeden z włazów nade mną.

Wyszłam na zewnątrz, oddychając głęboko. Znalazłam się w ciemnej piwnicy, zastawionej pięknymi obrazami oraz oprawionym zdjęciami rodziny. Piękna kobieta trzymała na kolanach słodkiego, szczęśliwego chłopczyka, a jej mąż stał przy niej uśmiechając się wesoło.

-Co to jest? – spytałam kiedy Dick zgrabnie wyskoczył na powierzchnię. Sięgnął po koc na pobliskim krześle i zarzucił mi go na ramiona, widząc jak z moich ust wydobywa się para. Piwnica była okropnie zimna.

-To ja i moja rodzina. – powiedział.

-Oh – spojrzałam na niego – Przepraszam…

-Nie. Jest w porządku. To moja mama i ojciec, kiedy otwierali swój pierwszy cyrk – powiedział wskazując na ściskającą się parę. Kobieta miała piękne, blond włosy i widać było pierwsze oznaki ciąży. Mężczyzna, na oko 25-letni, wyglądał dokładnie jak starsza kopia Richarda. Bujna, czarna czupryna i męskie rysy twarzy. Jedyną różnicą były oczy, które Dick odziedziczył po matce. Te właśnie oczy wpatrywały się teraz we mnie z intensywnością wręcz uciążliwą.

-Jesteś podobny do swojego taty – powiedziałam łagodnie, a chłopak odłożył fotografię.

-Tak – powiedział, śmiejąc się lekko. Sięgnął po kolejną fotografię, przedstawiającą około 10-letnią dziewczynkę i młodszego chłopczyka. – To Megan, moja siostra – powiedział. Przyglądnęłam się bliżej. Rodzeństwo trzymało puchar za pierwsze miejsce w konkursie akrobatycznym. Wyglądali niemalże identycznie, i gdyby nie różnica wielu można by pomyśleć, że są bliźniakami.

-Szkoda, że tak to się skończyło. Na pewno byliście szczęśliwi – powiedziałam. Chłopak odstawił fotografię, a ja poczułam wdzięczność, że podzielił się ze mną tymi wspomnieniami.

-Gdyby to się nie stało, nie poznałbym ciebie. Prawdopodobnie byłbym po prostu zwyczajnym dzieciakiem umawiającym się na randki i chodzącym na szkolne imprezy…

-Nie chciałbyś takiego życia? – spytałam, wiedząc, że gdyby decyzja należała do mnie, nie miałabym żadnych wątpliwości.

-Chcę życia z Tobą – powiedział i przybliżył się do mnie, dotykając mojego policzka. Wzięłam głęboki oddech, pragnąc jego bliskości.

-Wiesz, że zerwaliśmy dopiero co godzinę temu? – spytałam, śmiejąc się sama z siebie. Na jego twarzy również pojawił się uśmiech.

-Pieprzyć to – powiedział, po czym gwałtownie mnie pocałował. Zaskoczyło mnie to, jednak odwzajemniłam pocałunek. –Chodźmy do góry.

Weszliśmy po drewnianych schodach na górę, trzymając się za ręce. Dick otworzył drzwi przede mną, po czym przepuścił mnie w drzwiach. Dokładnie w tym samym momencie świat zwolnił. Widziałam światło wpadające do piwnicy z salonu, po czym odgłos odpalanej broni. Rozległ się krzyk i dopiero po chwili zorientowałam się, że to był mój krzyk. Obserwowałam, w zwolnionym tempie, jak pocisk dotyka piersi Richarda Graysona, krew tryska w moim kierunku, a jego twarz wyraża zaskoczenie. Wtedy znów wszystko wróciło do normalnego tempa. Nie zważając na źródło pocisku, nie zwracając uwagi na to, czy ktoś ma teraz mnie na celowniku, doskoczyłam do ciała ukochanego. Dotknęłam dłońmi jego rany, z której sączyła się krew. Zdecydowanie zbyt dużo krwi.

-Dick, Dick, Dick! – krzyczałam, nie zdając sobie sprawy że brzmi to jak okropny jęk, przeplątany z wrzaskiem.

Ciemnowłosy leżał w kałuży krwi, nie dając żadnego znaku życia. Trzęsłam się ledwo mogąc opanować łzy.

Czyjeś silne ramiona podniosły mnie ponad podłogę, pomimo tego, że rzucałam się, nie chcąc odstępować ciała. Po policzkach lały się łzy, a z ust wydobywał się charkot. Przenieśli mnie parę metrów dalej, po czym rzucili na podłogę w oświetlonym salonie. Otrzymałam siarczysty policzek, jednak to właśnie pomogło mi się uspokoić. Jeżeli miałam przeżyć musiałam się opanować.

Spojrzałam w górę i ujrzałam twarz, której nigdy nie mogłabym zapomnieć.

-Blackstar – powiedziałam z nieskrywaną nienawiścią. Po chwili moją uwagę odwróciły dwie wierzgające postacie za kobietą. Dopiero wtedy ujrzałam Raven i Jericho związanych i trzymanych przez parę wielkich cyborgów.

-Przepraszam, Kori – powtarzała Raven, która po raz pierwszy wyglądała na przerażoną. Richard był również jej przyjacielem – Powiedzieli, ze nas zabiją, jeśli nie powiem gdzie jesteście…

Rozumiałam ją. Jeżeli ktoś zagroziłby zabiciem Dicka nie marnowałabym nawet sekundy by wyjawić wszystkie szczegóły. Wszystko dla osoby, którą się kocha… Spojrzałam na nią ze zrozumieniem, starając się nie myśleć, że trzy metry za mną leży ciało mojego ukochanego.

-Czego chcesz?! – zwróciłam się do swojej siostry – Chcesz mnie zabić?! Proszę, zrób to! Tylko nie krzywdź moich przyjaciół!

Byłam dumna z tego, ze udało mi się być tak silną.

-Chcę zemsty. – powiedziała spokojnie Blackstar.

-Wierz mi… – powiedziałam przez zaciśnięte zęby, ukradkiem spoglądając w bok – Zemściłaś się wystarczająco…

-Nie, nie, nie, kochanieńka. Przez ciebie planeta jest w stanie wojny. Tak, przez ciebie, bo nie mogłaś poświęcić się dla własnego domu! – powiedziała, wpatrując się we mnie z wyższością.

-Tamaran to nie mój dom! Ziemia to mój dom, a oni są moją rodziną! – powiedziałam ze złością, czując jak moje moce proszą się o wypuszczenie. Po raz pierwszy rozsadzało mnie uczucie jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyłam… Poczułam jak oczy stają się zielone, a włosy stają w płomieniach. Nagle z moich oczy wystrzeliły dwa promienie mocy. Nigdy wcześniej nie mogłam tego robić. Wcześniej moja moc skupiała się w dłoniach.

Ciemnowłosa królowa została odrzucona na odległość paru metrów i uderzyła w ścianę. Poczułam furię, jednak szybko ktoś uderzył mnie w głowę, a ja upadłam na ziemię. Po chwili moje oczy mimowolnie się zamknęły …

 

 

 

Drodzy czytelnicy!

Zbliżamy się ku końcowi. Muszę przyznać, że te opowiadanie był dla mnie większym challenge niż poprzednie. Może to dlatego, że musiałam skupić się na nastolatkach zamiast na dorosłych Tytanach.

Zostały 3 rozdziały, wszystkie już napisane. Mam plan na nowe opowiadanie, dlatego stworzę nowy blog i wstawię tutaj linka (pod ostatnim rozdziałem). Ale na razie – jak wam się podobał ten rozdział? Jakiego zakończenia oczekujecie?

Love

Chapter 31: Być bohaterem

-Harm – powiedziałam, wyczuwając jego zapach przenikający do moich nozdrzy, z kolejnym powiewem wiatru. Poczułam tęsknotę za jego ciałem i za jego obecnością.

Odwróciłam się. Wysoki brunet, o oczach ciemniejszych niż wcześniej, spoglądał na mnie, dysząc lekko. Wyglądał inaczej – włosy miał dłuższe, a grzywka niesfornie spadała mu na czoło, prawie przykrywając oczy. Widziałam bliznę przy lewym oku i na ten widok ścisnęło się moje serce. W dłoni trzymał mały sztylet. Był gotowy do ataku.

-Harm, co ty robisz? Dlaczego zniszczyłeś wieże? – powiedziałam i przybliżyłam się o krok do niego. Wiedziałam, że coś jest nie tak. To nie był on.

-Kori – powiedział ze złością, spoglądając na mnie gniewnym spojrzeniem. Jednak widziałam też , że cały drżał, jakby dwie osoby walczyły w jego ciele.

-Harm, to ja – Kori. Pamiętasz? Nie było mnie przez jakiś czas, ale teraz jestem przy tobie – powiedziałam, z każdym słowem zbliżając się do niego o krok bliżej. Teraz byłam na wyciągnięcie ręki. Wciąż mu ufałam. Nie zrobiłby mi krzywdy. Nie po tym co dla mnie poświęcił.

Chciałam go dotknąć. Moje ciało tego chciało. Po wielu miesiącach wreszcie wrócił. Czułam, że powinnam się nim zająć, pomóc mu. Tak jak on pomógł mi.

Zamiast tego nagle w jego oczach zobaczyłam nie złość, a furię. Wtedy było już za późno na odwrót. Odskoczyłam do tyłu, jednak potknęłam się i upadłam na ziemię. Chłopak stanął przede mną pragnąć spełnić swoje zamiary.

W tym samym momencie kiedy uniósł sztylet usłyszałam wybuch i poczułam zapach spalenizny. Na dachu pojawił się drugi dzień, młodego mężczyzny, który wyrzucił właśnie jedną ze swoich zabawek.

-Odsuń się od niej! – krzyknął ze złością, popychając wojownika.

-Dick, nie! – krzyknęłam próbując go zatrzymać, jednak ten zdążył już zadać pierwszy cios. Stanęłam przed nimi, obserwując jak okładają się pięściami. Walka była wyrównana, ale widziałam jak krew leje się z twarzy obu mężczyzn. Nie miałam wyboru. Musiałam działać.

Wycelowałam zielonym starboltem w środek ich bójki. Wiedziałam, że ogłuszy ich tylko na chwilę, jednak to wystarczyło. Obie postacie padły na ziemię, ciężko oddychając. Podbiegłam do lidera, przeszukując jego kieszenie. Wiedziałam, ze zawsze ma tam lek usypiający właśnie na taki wypadek.

Rzuciłam się do oszołomionego bruneta i wstrzyknęłam mu porcję uspokajacza. Złapał mnie mocno za rękę, tak że niemal łzy pociekły mi z oczy, jednak po chwili jego uścisk zelżał i stracił przytomność.

-Dick, jesteś cały? – spytałam, podtrzymując jego głowę na moich kolanach. Chłopak zakaszlał, jednak pozbierał się szybko.

-Musimy go zamknąć w wieży, gdzie nikogo nie skrzywdzi. – powiedział. Ledwie na mnie spojrzał. Razem zabraliśmy Harma do wieży, gdzie powiadomiona drużyna, przygotowała już szczelną pułapkę. Nie czułam się dobrze z umieszczaniem go tam, ale nie było innego wyjścia. Nie wiedzieliśmy jeszcze, co spowodowało, że chłopak zupełnie zmienił swoją osobowość.

*30 minut później*

-Kori, co ty sobie wyobrażałaś?! – krzyknął na mnie rozłoszczony Richard, a na jego karku pojawiła się lekko odstająca żyła. Dawno nie był tak zdenerwowany na mnie.

Spuściłam głowę, próbując uniknąć jego dezaprobującego wzroku, jakim na mnie patrzył.

-Przepra… – zaczęłam, ale oczywiście musiałam mu najpierw pozwolić wyrzucić złość.

-Rozumiem, że go kochasz i że to twój przyjaciel, ale zachowałaś się nieodpowiedzialnie. Nie próbuj mnie okłamać, że nie zorientowałaś się, że to on już w wieży!

-Ale Dick…

Chłopak wciągnął głęboko powietrze, tak że atmosfera w moim pokoju zagęściła się. Spojrzał na mnie i złapał mnie za nadgarstek.

-Miałem się Tobą opiekować – powiedział przez zaciśnięte zęby, a jego ucisk, pomimo tego, że lekki, sprawił mi masę bólu. Moja ręka była bowiem posiniaczona od uścisku Harma. Syknęłam, na co chłopak z przerażeniem puścił moją dłoń.

-Przepraszam. – powiedział zimnym tonem

-Nie, to nie twoja wina – powiedziała, poniekąd rozumiejąc dlaczego był taki wściekły. – Wiem, zachowałam się jak głupia nastolatka. Ale proszę Cie… Musisz zrozumieć, że Harm mnie potrzebuje. Jest  nim coś nie tak, a wszystko… – w tym momencie mój głos załamał się lekko, co nie umknęło uwadze chłopaka – To wszystko moja wina.

-Nawet tak nie myśl. Cokolwiek robiłaś, robiłaś to dla dobra innych ludzi. Nie próbuj się nawet obwiniać. – ciemnowłosy odgarnął niesforną grzywkę sterczącą w każdym kierunku, po czym przytulił mnie delikatnie. Mogłam poczuć ciepło bijące spod jego cienkiej koszulki i poczuć ruch jego mięśni.

-Nie wiem, co robić… – powiedziałam przez łzy, które spokojnie leciały po moich policzkach, lądując na jego ramieniu.

-Sh… – powiedział, całując mnie w czoło – Razem sobie z tym poradzimy.

*Z perspektywy Richarda*

Cały dzień był wspaniały. Aż do momentu kiedy wrócił Harm – ale nie taki jakiego znaliśmy parę miesięcy temu. Ten Harm był okrutny, zły i wręcz niezrównoważony. W dodatku miał zdolności, których nie dało się pokonać w żaden możliwy sposób. Cała wieża zastanawiała się c wydarzyło się przez te ostatnie parę miesięcy, kiedy my wiedliśmy spokojne życie na ziemi.

No i Kori. Początkowo byłem wściekły za to, że nie powiedziała mi co ma zamiar zrobić. Gdybym za nią wtedy nie poszedł mogłoby się to skończyć tragicznie. Nikt nie chciał skrzywdzić Harma, ale dla mnie wydawało się to nieuniknione. Jedyne o co się martwiłem to o Kori, która nie byłaby w stanie skrzywdzić nawet muchy, a co dopiero jedną z najbliższych jej osób.

Poczekałem aż zasnęła w moich ramionach, po czym powoli położyłem jej głowę na poduszkę, pozwalając lśniącym, rudym lokom delikatnie opaść na białą satynową pościel. Cicho wyszedłem z pokoju, zamykając za sobą drzwi.

Po chwili znalazłem się w małym pomieszczeniu, które kiedyś służyło pewnie jako bunkier. Zapaliłem lampkę, po czym usłyszałem szelest Kajdan. Było to coś niezbędnego do utrzymania bruneta w kontroli.

-Richard Grayson – usłyszałem ironizujący głos, dochodzący z ciemności. – Nowy zbawca Wszechświata.

Podszedłem do niego, chcąc się mu przyjrzeć. Siedział na podłodze zakłuty w ciężkie, żelazne kajdany. Jego wzrok stał się dziwnie pusty, jakby z trudem kojarzył fakty. Jego brązowe włosy były dłuższe i opadały mu niemal do karku, sprawiając, że wyglądał niebezpieczniej niż zwykle. Na jego lewym oku malowała się krótka, jednak widoczna blizna.

-Harm, co Ci się stało?

Od czasu kiedy chłopak pomógł mi uratować Tamarankę, darzyłem go ogromnym szacunkiem. Uważałem go za swojego przyjaciela, nie zważając na to, że kochaliśmy tą samą dziewczynę.

-TY pytasz co się stało? Musiałem pomagać Lobo, aż w końcu nie wytrzymałem! – jego głos przerodził się w rozpaczliwy śmiech.

-Harm… Co zrobiłeś?

-Zabiłem dziesiątki, setki ludzi i innych stworzeń. Nie umiałem opanować moich mocy, które przejmowały nade mną kontrolę w najbardziej niespodziewanym momencie. Aż w końcu… Zabiłem własnego ojca.

Słuchałem jego słów z pewnego rodzaju współczuciem. Chłopak nie był typem mordercy, ale poświęcenie którego dokonał, miało swoją cenę. A tą ceną było jego człowieczeństwo…

-To nie Twoja wina…

-Nie potrafię się kontrolować. – powiedział, łamiącym się głosem – Chciałem… Chciałem zemsty. Chciałem cię zabić. Jak możesz ze mną rozmawiać?

Dopiero teraz zobaczyłem jakim był wrakiem człowieka.

-To dzieje się tylko wtedy kiedy tracę kontrolę. Jestem niebezpieczny.

-Na pewno… – zacząłem, jednak nie pozwolił mi skończyć.

-Musisz mnie zabić. – powiedział nagle, całkowicie spokojnie i opanowany.

-Nie. Nikt nie będzie nikogo zabijał – odpowiedziałem również spokojnym głosem, wpatrując się intensywnie – Musimy po prostu znaleźć sposób na nauczenie się samokontroli.

Usłyszałem ironiczny śmiech chłopaka.

-Czekam na propozycje –powiedział.

W mojej głowie już widziałam plan, który pomógłby Harmowi, dzięki czemu bylibyśmy sobie kwita.

-Wstawaj. – powiedziałem, rozkuwając jego łańcuchy – Idziemy na trening.

 

 

Usłyszałam pukanie do drzwi. Dopiero co wstałam, jednak rzuciłam krótkie „proszę”, rozciągając się przy łóżku.

-Muszę z Tobą pogadać – powiedział poważnym tonem Richard.

-O czym? – spytałam, chcąc wiedzieć co było tak ważne że nie mógł poczekać aż zejdę na śniadanie.

-O Harmie.

Nagle stanęłam jak wryta. Coś się stało? Czy Harm uciekł? W mojej głowie pojawiały się najgorszr scenariusze. Chłopak był w wieży zaledwie od 3 dni, jednak Dick zabronił mi spotkania z nim, mówiąc że ma plan.

-Mogę się z nim zobaczyć? – spytałam z nadzieją w głosie.

-Właśnie o tym chciałem porozmawiać. – powiedział. Usiadłam na blacie biurka, podczas gdy on chodził zdenerwowany po pokoju – Przez ostatnie dwa dni wiele z nim rozmawiałem. Wiem dwie rzeczy. Pierwsza, cokolwiek Harm robił kiedy go tu nie było zmieniło go i teraz nie potrafi kontrolować swoich mocy – każde uczucie jest niebezpieczne zarówno dla niego jak i dla innych. Po drugie – w tym momencie spojrzał mi w oczy – niebezpiecznie będzie jeżeli dowie się, że jesteśmy razem.

Spojrzałam w jego wielkie, niebieskie oczy i ujrzałam smutek.

-Co masz na myśli? – spytałam, zeskakując z burka i chwytając go za dłoń. Poczułam ciepło i pragnienie, by mnie pocałował.

-Nie możemy go trzymać w izolacji cały czas. Musi się nauczyć żyć takim jakim jest  i ponownie zacząć się kontrolować.

-Ale co to ma wspólnego z nami?

-On cię kocha – powiedział nagle smutnym głosem. Miał rację, Harm z pewnością mnie kochał i udowodnił to niejednokrotnie. Był gotowy oddać za mnie życie. Z kolei ja również żywiłam do niego uczucie. Teraz jednak postanowiłam dać szanse Dickowi, bo on dawał mi szczęście, jakiego nie doświadczyłam od bardzo dawnych czasów. Byłam więc zdecydowana na pozostanie z Nightwingiem. Jednak on miał inny plan.

-Wyobraź sobie, że poświęcasz się dla osoby, którą kochasz najbardziej na świecie. Znikasz na parę miesięcy, podczas gdy ona zakochuje się w innym, a kiedy wracasz jesteś zupełnie zagubiona. Kogo byś potrzebowała, Kori, gdybyś była na jego miejscu? – spytał, a ja wypuściłam jego dłoń z malującym się niedowierzaniem na twarzy.

-Dick, przecież jestem z Tobą! – powiedziałam, czekając jak zareaguje.

-Nie możemy się z tym obnosić.

-Mówisz, że mamy udawać, że nie jesteśmy parą, kiedy inni patrzą?! –zbulwersowałam się, wciąż mając nadzieję, że to nie o tym mówił.

-Nie – powiedział, a ulżyło mi na jeden, malutki moment – To nie zadziała. W końcu mieszkamy razem.

-To co chcesz zrobić?

-Musimy się rozstać. – powiedział stanowczym tonem.

-Jak to?! – krzyknęłam na niego, oddalając się parę kroków. Ciemnowłosy wpatrywał się we mnie, jednak na jego twarzy nie malowało się żadne uczucie. Jedynie pustka w jego oczach zdradzała, że również mu z tym ciężko.

-To dla Twojego dobra, Kori. Przecież wiesz, że tego nie chcę… – zbliżył się do mnie, tak że przed oczyma miałam pełnym obraz jego ust, które prosiły się o pocałunek. Kiedy mówił mogłam poczuć jego oddech. Przełknęłam ślinę.

-Chcesz zerwać… – stwierdziłam fakt.

-Nie – odpowiedział natychmiast, łapiąc mnie za rękę – To tylko na teraz.

-Czyli ile? Miesiąc, dwa, rok?! – powiedziałam wyrywając mu się. Zamiast płaczu wolałam zachować się agresywnie, mimo że wiedziałam że to było nie fair wobec niego. Zupełnie go rozumiałam. Byłam samolubna, bo nie chciałam skupić się na Harmie, któremu właśnie to wszystko zawdzięczałam. Załamałam ręce i przeczesałam swoje gęste włosy.

Chłopak, nie zbaczając na moje wyrywanie, objął mnie ramieniem, przytulając głowę do jego twardej klatki piersiowej. Po paru wdechach udało mi się uspokoić.

-Rozumiem Cię – powiedziałam – masz rację. Powinnam pomyśleć o Harmie, a nie tylko o sobie…

-Kori, tak dawno nie mogłaś myśleć o sobie, więc rozumiem, że trudno ci to teraz oddać. Mi też jest ciężko, ale musisz wiedzieć jedno…

-Dick?- przerwałam, czując że muszę coś powiedzieć. Spojrzałam na niego, czując niewidzialną więź – Kocham cię.

W jego oczach pojawił się błysk szczęścia, kiedy wpatrywał się w moje soczewki.

-Wyjęłaś mi to z ust – powiedział – A propos…

W tym momencie przysunął moją twarz do swojej, a ja leciutko stanęłam na palcach, sięgając jego ust. Pocałował mnie namiętnie, a ja odwzajemniłam pocałunek. Mogłam zostać w tej pozycji, w jego ramionach, czując się bezpiecznie, na zawsze. Jednak nie wszystko było takie proste i nie mogliśmy myśleć tylko o sobie. Harm potrzebował naszej pomocy…

Oderwałam się od niego, jednak nasze czoła wciąż się spotykały, a jego ręce obejmowały moją talię. Oddychaliśmy równo, zbyt szybko, czując podniecenie, które nie mogła znaleźć ujścia.

-Dlaczego zawsze musimy być bohaterami? – spytałam, a chłopak zaśmiał się lekko niskim głosem.

-Chyba takie już nasze przeznaczenie – odpowiedziała, po czym ucałował mnie w czoło. Zamknęłam oczy, a kiedy je otworzyłam jego już nie było. Zostawił mnie samą i od teraz musieliśmy skrywać uczucia do siebie.

Dotknęłam palcami moich ust, czując już tęsknotę w sercu…

Chapter 30: Sielanka

Dziś był dzień, kiedy mieliśmy wolne od patrolowania Gotham. Batman dawał nam fory od czasu kiedy się obudził ze śpiączki, bo najwidoczniej brakowało mu tego kiedy był nieprzytomny. Całą grupą umówiliśmy się na piknik w jednym z publicznych parków.

-Oj, Kori, daj sobie pomóc… – po raz kolejny usłyszałam za sobą głos Nightwing’a, który nie mógł patrzeć na to jak targam ciężki kosz pełen jedzenia dla naszej grupy.

-Spadaj, Dick. W końcu to ja mam supermoce! – powiedziałam zadziornie, jednak po chwili poczułam łaskotki na tali i ze śmiechem wypuściłam kosz z dłoni. Zgrabne ręce chłopaka uchwyciły go zanim spadł na ziemię.

-Jesteś niemożliwy – powiedziałam, a on tylko uśmiechnął się prowokująco, jak to miał w naturze. Odwróciłam się i delikatnie pocałowałam go w policzek, lekko się rumieniąc. Magiczna więź pomiędzy nami nie znikła nawet teraz, kiedy spędzaliśmy razem każdą wolną chwilę.

Za nami wlókł się Bestia, pogrążony w jakąś dyskusję z Barbarą, która wyglądała ślicznie, mając na sobie lekką wiosenną sukienkę. Raven i Jericho wyszli z nami z wieży, jednak teraz zostali zupełnie w tyle, skupiając uwagę tylko i wyłącznie na sobie wzajemnie.

Zielony rozłożył koc, a Richard pomógł mi z wypakowaniem jedzenia. Przygotowaliśmy kanapki, lemoniadę, sernik owocowy i inne przekąski.

-Kori, pomożesz mi przynieść trochę gałązek na ognisko? – zapytała nagle Barbara. Nieszczególnie się do mnie odzywała, no chyba że naprawdę czegoś potrzebowała. Gałązki to był jednak bardzo słaby powód…

-Jasne – powiedziałam i podskoczyłam do niej, sprawiając że moje rozpuszczone włosy falowały na wietrze.

Ruszyłyśmy w kierunku lasu, powoli zbierając suche gałązki.

-Chciałam ci tylko podziękować – powiedziała nagle, stając przede mną w wpatrując się we mnie swoimi przeszywającymi oczyma. Uniosłam brew.

-Za co?

-Od kiedy wróciliśmy z Tamaranu Dick się zmienił. Kiedyś był samotnikiem, który nie lubił jakichkolwiek kontaktów ze światem, a teraz…? Wydaje mi się, że nigdy nie był szczęśliwszy. Dzięki Tobie – powiedziała szczerze, zakładając ręce na swoich piersiach.

Zaniemówiłam i dopiero po chwili udało mi się sklecić w miarę poprawne zdanie.

-Oh… Hm, chyba masz rację. Ja również jestem szczęśliwsza niż kiedykolwiek.- brunetka miała rację. Dick zupełnie się zmienił. Dalej był skryty i z trudem ufał ludziom, jednak jego podejście do życia odmieniło się zupełnie.

Już myślałam, że skończyłyśmy temat chłopaka, jednak wtedy Babs odezwała się ponownie.

-Po raz pierwszy komuś zaufał – kontynuowała – Więc jeżeli ty złamiesz to zaufanie on nigdy już nie będzie w stanie tego powtórzyć…

-Chcesz coś przez to powiedzieć? – spytałam, wpatrując się w niższą ode mnie dziewczynę.

Westchnęła.

-Proszę, uważaj na niego. Może i wydaje się obojętny na wszystko, jednak tak naprawdę zamknie się w sobie i już nikogo do siebie nie dopuści.

-Nie mam zamiaru do tego dopuścić – powiedziałam z lekkim zirytowaniem w głosie. Dobrze, że troszczyła się o Dicka, ale on nie był już dzieckiem. Był dorosły i umiał o siebie zadbać. I miał mnie. Jak na razie nie miałam zamiaru w żaden sposób go zostawiać.

Po paru minutach wróciłyśmy z fałszywymi uśmiechami na twarzy. Reszta wieczoru przeminęła spokojnie i w miłej atmosferze, chociaż czułam jak Batgirl mnie obserwuje.

Około 22 zebraliśmy rzeczy i spokojnym krokiem wracaliśmy do wieży. Raven i Jericho, którzy dołączyli do nas w połowie pikniku, ponownie zniknęli z wymówką, że udają się na spacer. Nasza czwórka opowiadając jakieś beznadziejne żarty weszła do wieży.

Zapaliłam włącznik a pokój wypełnił się światłem.

Nagle wszyscy stanęliśmy zaskoczeni tym widokiem. Cały salon był teraz zupełnie zdemolowany. Sofa leżała na drugim końcu pokoju, cała elektronika walała się po podłodze, ściany miały na sobie ślady rozbitych o nie rzeczy oraz gniewnych uderzeniach.

-Co…? – zaczął Bestia, przełamując ciszę.

-Z pewnością nie zrobiła tego jedna osoba – powiedziała Batgirl, która od dziecka szkolona była na detektywa.

Moim oczom ukazała się mała karteczka na szafce, której jeszcze nikt inny nie zobaczył. Miałam swoje podejrzenia, dlatego spróbowałam znaleźć wyjście z tej sytuacji, tak by najpierw upewnić się co do nich.

-Powinniśmy sprawdzić resztę pokoi – powiedziałam głośno, a całą trójka ruszyła natychmiast na piętro i do piwnicy. Ja zostałam.

Powoli podeszłam do szafki i przeczytałam notkę.

Północ, Dach STAR labs

Przyjdź sam

                Nie miałam wątpliwości, że notka zaadresowana była do Richarda. Z łatwością rozpoznałam pismo i w odruchu chwyciłam naszyjnik w kształcie gwiazdy. Dlaczego Harm nie powiedział mi, że wrócił? Dlaczego zdemolował wieżę? I dlaczego chciał się spotkać z Dickiem sam na sam?

Usłyszałam kroki na schodach. Szybkim ruchem złapałam karteczkę spaliłam w dłoni, tak że posypał się tylko popiół.

-Reszta pokoi stoi nietknięta – powiedział Nightwing – ktoś najwidoczniej chce nam coś powiedzieć.

-Może to zwyczajni chuligani? – zaproponowałam.

-Myślisz, że ktokolwiek byłby na tyle głupi, żeby atakować bazę sześciu superbohaterów? – przybliżył się do mnie. Widziałam w jego oczach iskrzące się płomyki. Był wściekły. Ktoś wszedł do naszego domu.

A ja dokładnie wiedziałam kto.

Poczułam wyrzuty sumienia ukrywając to przed Dickiem, jednak wiedziałam, że najłatwiej będzie to załatwić po mojemu. Harm był najwidoczniej wywrócony z równowagi, wystarczyło z nim porozmawiać… Spojrzałam na zegarek.

11:32

-Chyba się przejdę – powiedziałam w jego stronę.

-Pójdę z Tobą – powiedział, po czym objął mnie w talii.

-Nie, nie… Muszę pobyć chwilę sama. Niedługo wrócę – powiedziałam i całując go delikatnie w usta, wyrwałam się z jego objęcia. Richard zrobił podejrzliwą minę, jednak nic nie powiedział.

Zabrałam płaszcz i wyszłam z wieży.

 

 

Siedziałem na jednym z nieczynnych kominów STAR labs, zupełnie ukryty i niewidzialny w ciemności. Na twarzy miałem chustę a w ręku lśnił sztylet.

Przyszedłem tutaj z jednym zamiarem. Po powrocie z kosmosu na Ziemię nic już nie było takie same. Jednak nikt już nie miał nade mną kontroli, a ja mogłem kontrolować Wszechświat. Byłem wszechmocny. Moje mocy rosły z dnia na dzień, podczas gdy ja chciałem więcej i więcej.

Usłyszałem podmuch wiatru i zobaczyłem jak drobna postać wylądowuje na dachu. Nie jej się spodziewałem. Poczułem dziwne uczucie, kiedy przypomniałem sobie kolor jej włosów i jej słodki zapach. Szybko jednak minęło, ustępując uczuciu złości, gniewu i chęci zabijania.

Zeskoczyłem bezszelestnie na dach, stając zaledwie 5 metrów za jej plecami. Dziewczyna nie zdawała sobie sprawy, ze tu byłem.

Ona była ofiarą, a ja byłem myśliwym.

Chapter 29: After life

*Dwa tygodnie później*

Wszystko wróciło do normy, chociaż pojęcie „norma” nie zostało do końca sprecyzowane. Ponownie zadomowiliśmy się w wieży po parudniowym przylocie z tym wyjątkiem, że teraz mieliśmy dwóch nowych gości – Barbarę i Jericho. Mieliśmy masę wolnych pokoi, a Batgirl potrzebowała odpoczynku, więc tymczasowo mieszkała z nami. Wszyscy jednak rozważaliśmy jej wstąpienie do Młodych Tytanów, bo pomimo tego że jej nie znosiłam, przydałaby nam się dodatkowa para rąk.Z kolei Jericho nie miał gdzie się podziać, a z resztą i tak nie był zbyt rozmowny i większość czasu przebywał zamknięty w swoim pokoju. Wiadomo było jednak, że wkrótce musimy podjąć jakąś decyzję.

Raven i Bestia świetnie poradzili sobie w roli obrońców miasta. Niestety, Batman wciąż pogrążony był w śpiączce. Odwiedziłam go raz z Richardem, a on opowiedział mi historię o tym jak Bruce Wayne został jego nowym ojcem. Oprócz tego dużo czasu spędzaliśmy razem – na mieście, na dachu wieży, rozmawiając o niczym i o wszystkim. Jednak incydent na statku nie powtórzył się od kiedy wylądowaliśmy, mimo że tego chciałam. Jednak Dick postawił mi warunek – musiałam zdecydować.

Wciąż kochałam Harma. Znowu zniknął z mojego życia i znowu było to z mojej winy. Jednak jego obraz powoli znikał z mojej głowy, powodując, że te emocje również malały z każdym dniem. Czasami po prostu siadałam pod ścianą i zaczynałam płakać, myśląc o nim. Wtedy Richard był przy mnie, wpierając mnie w każdej chwili.

Zaczęłam tolerować Barbarę, która jednak wciąż mnie nie lubiła. Zawsze przerywała nam nasze rozmowy z Dickiem i próbowała go sobą zainteresować. Oczywiście on nie zdawał sobie sprawy z jej zachowania i to właśnie denerwowało mnie najbardziej.

Zeskoczyłam z łóżka, na którym czytałam książkę i podeszłam do okna, żeby lekko zasłonić kurtynę. Słońce wpadało intensywnie, rażąc mnie po oczach. Wtedy ktoś zapukał, a w drzwiach stanął Richard. Ubrany był zupełnie normalnie – szara koszulka oraz ciemne jeansy – ale wyglądał świetnie. Zarys jego mięśni malował się pod koszulką. Włosy były rozczochrane, ale dodawały mu tylko uroku. 19-latek uśmiechnął się ukazując białe zęby.

-Kori, masz minutkę? Chcę ci coś pokazać – powiedział dość wesoło nawet jak na Richarda. Podążyłam za nim zaciekawiona, co chce mi pokazać.

Weszliśmy razem do jego pokoju, w którym byłam tylko raz – na samym początku naszego poznania. Wiele się zmieniło. Wiedziałam, że Dick nie jest typem osoby, którą obchodziłby porządek, dlatego zdziwiło mnie, że w pokoju panowała względna czystość. Tylko biurko było zawalone stertą rzeczy. Pewnie nowych urządzeń dla Batmana. Chłopak był wynalazcą i był całkiem dobry w tym co robił.

Minęliśmy jednak biurko i ruszyliśmy w kierunku stojącego niedaleko prześcieradła, które ukrywało coś przed światem. Dick zdjął je i moim oczom ukazał się ciemny kombinezon. Był czarny, jednak na środku wymalowany był niebieski znak orła.

-Dick… Co to jest? – spytałam z zaciekawieniem.

-Moja nowa tożsamość. – powiedział zadowolony ze swojego dzieła – Nie mogę dłużej udawać Batmana. Ale wiem też, że nie jestem już tą samą osobą jaką byłem będąc Robinem. Dorosłem i jestem gotowy stać się kimś, kto będzie bronił tego miasta…

-Czyli?

-Nightwing’iem.

Musiałam przyznać byłam pod wrażeniem jego decyzji. Wszystko robiło na mnie wrażenie, łącznie z tym, że zdecydował się na taki poważny krok.

-Czy to oznacza, że odchodzisz z Tytanów?

-Nie, nie… Oczywiście, że nie. – powiedział, po czym zbliżył się do mnie i dotknął mojego łokcia. Poczułam przyjemny dreszcz podniecenia.

-Dobrze – powiedziałam cicho, widząc jak nasze twarze zbliżają się do siebie. Mój oddech stał się płytki, kiedy jego usta spoczęły na moich. Po chwili oderwałam się od chłopaka.

-Podjęłam decyzję  – powiedziałam zdecydowanym tonem.

Chłopak wyczekiwał odpowiedzi, wciąż trzymając mnie w swoich objęciach.

-Chcę być z Tobą. – powiedziałam, patrząc w jego niebieskie oczy.

Richard w jednej chwili przyciągnął mnie do siebie, po czym pocałował namiętnie. Jakimś cudem wylądowaliśmy na łóżku, całując się gorąco. Czułam jego rozpalone ciało, kiedy ściągnęłam jego koszulkę. Tak miało być. Ja i on. Teraz byłam pewna swojej decyzji.

Zakochałam się w Ziemianinie.

                Kochałam Richarda Jamesa Graysona.

 

*Z perspektywy Raven*

W Gotham znów zapanował spokój. Przez ostatnie dwa tygodnie czułam się potrzebna w tym mieście. Również jako Tytanka czułam, że mam przyjaciół na których mogę liczyć. Bestia stał się dla mnie najlepszym przyjacielem, pomimo że nigdy bym tu tego nie pokazała. Kori i Dick trzymali się razem i wyglądali na szczęśliwych. Barbara wracała do zdrowia i poniekąd zaprzyjaźniła się z nami wszystkimi. No, może oprócz Starfire. Kiedy te dwie były razem w pokoju dało się wyczuć pewnego rodzaju napięcie.

No i był jeszcze on. Tajemnica. Wiedziałam, że cos ukrywał. Potrafiłam to wyczuć. Jednak zachowywał się cicho i prawie nigdy nie opuszczał pokoju. Nie dawało mi to spokoju.

Było coś po pierwszej w nocy, kiedy ja po cichu skradałam się do pokoju Zandarczyka. Powoli uchyliłam drzwi, będąc gotowa w każdej chwili do teleportacji.

-Wejdź, proszę – usłyszałam męski głos. Zobaczyłam łóżko. Było puste, a nakrycie było nienaruszone. Czyżby chłopak nie spał o tej porze? Lekko zawstydzona weszła do pokoju, rozglądając się ciekawsko.

-Przepraszam. Nie powinnam była… – zaczęłam, jednak wtedy zobaczyłam co się działo. Jericho siedział na środku pokoju otoczony kręgiem z dziwnymi symbolami, zapewne z pradawnego języka, którego nie znałam. Cały krąg lśnił niebieskawym promieniem, dając jedyne źródło światła.

-Raven – powiedział spokojnie – Usiądź.

Zawahałam się na chwilę jednak zaraz potem spełniłam jego prośbę. Jericho miał na sobie zwykłą, białą koszulkę i jasne spodnie, co tylko dopełniało jego anielski wygląd. Siedział po turecku, wpatrując się teraz w moje oczy. Usiadłam naprzeciw niego.

Chłopak sięgnął do mojej głowy, po czym zdjął mój kaptur.

-Jesteś piękna – powiedział, po czym przyłożył rękę do mojego policzka. Czułam jak moje policzki czerwienieją. Jeszcze nigdy nikt mi tego nie powiedział.

Odchrząknęłam lekko.

-Po co to wszystko? – spytałam i lekko odchyliłam się do tyłu.

-My Zandarianie czerpiemy energię z natury – powiedział, po czym podniósł ręce w górę, powodując, że otoczyły nas niebieskie płomienie. Drgnęłam lekko, ale pomimo strachu, pozostałam na miejscu.

-Nie bój się – powiedział chłopak – Kontroluję to.

Wyciągnęłam powoli dłoń i dotknęłam niebieskiego płomienia. Zamiast gorąca poczułam jednak przyjemny chłód rozchodzący się pomiędzy palcami.

-Co jeszcze potrafisz? – spytałam z zaciekawieniem.

-Wszyscy Zandarianie mają zdolność uzdrawiania. Jednak mój ród przejawia również inne, które rozwijają się dopiero w późniejszym wieku.

-Jaki jest twój dar?

Jericho zamilkł. Zamknął oczy. Ja mrugnęłam, a kiedy ponownie otworzyłam oczy stałam na drugim końcu pokoju.

-Co..? – zaczęłam. Chłopak wciąż siedział w poprzedniej pozycji.

-Potrafię przeniknąć do czyjegoś ciała i przejąć nad nim kontrolę.

Spojrzałam na swoje ciało. Rzeczywiście, nie miałam pojęcia jak się tutaj znalazłam.

-To niesamowite! – powiedziałam. – Powinieneś dołączyć do Tytanów.

-Ja nie walczę. – powiedział spokojnym głosem. Podeszłam do niego.

-Mogę cię nauczyć jeżeli chcesz. – uśmiechnęłam się do niego, a on odwzajemnił uśmiech. Otworzyłam drzwi na korytarz – Pójdę już.  Dobranoc.

Zanim zamknęłam drzwi rozległ się ponownie jego głos.

-Dziękuję, Raven – usłyszałam, a na mojej twarzy mimowolnie pojawił się uśmiech.

 

Chapter 28: Zrozumienie

Z niewielkim wysiłkiem udało nam się dostać do portu. Wyeliminowaliśmy dwójkę tamarańskich strażników, którzy byli zbyt zdezorientowani by wykonać jakikolwiek ruch.  Szukaliśmy odpowiedniego statku.

Kiedy Dick znalazł mały i szybki odrzutowiec wpuściłam Jericho przodem, upewniając się, że nic mu nie będzie. Wtedy chciałam wpuścić Richarda, jednak chłopak zatrzymał się i kazał mi wsiąść pierwszej. Napotkałam jego rozkazujące spojrzenie, po czym przestąpiłam próg małych drzwi.

Wtedy rozległy się strzały i usłyszałam jęk. Odwróciłam się gwałtownie, ale jedyne co zobaczyłam to strach w oczach Dicka, który podążał za upadającym ciałem młodej brunetki. Ujrzałam krew na jego rękach, kiedy złapał ją zanim upadła.

-Szybko! – krzyknęłam zdesperowana, wyciągając ręce i chwytając ciało. Z całej siły pociągnęłam ciało kobiety do środka, po czym usłyszałam kolejne strzały. Były Robin wskoczył do środka, zamykając ciężko drzwi.

-Zapalaj silnik! – rzucił w moją stronę, a ja podbiegłam do sterów. Uruchomiłam silnik, po czym poczułam jak startujemy. Padły strzały, ale teraz byliśmy już bezpieczni.

Po chwili znajdowaliśmy się w przestrzeni. Uruchomiłam autopilot, po czym podbiegłam do Dicka, który trzymał ręce na ramieniu Barbary. Dziewczyna miała zamknięte oczy i zdawała się tracić zbyt dużo krwi.

-Kori, powiedz mi, że możesz jej pomóc… – powiedział niemal z desperacją w głosie Dick. Wiedziałam, ze mu na niej zależało i że oddałby za nią życie. Jednak byłam bezsilna. Nie miałam żadnych opatrunków ani leków. A do Ziemi zostało nam parę godzin lotu…

-Ja mogę pomóc – odezwał się nagle po raz pierwszy głos blondyna, który nagle pojawił się koło mnie. Spojrzałam na niego z zaciekawienie, a Robin objechał go podejrzliwym spojrzeniem.

-Kim ty w ogóle jesteś? – spytał Dick.

-Jestem Jericho, pochodzę z planety Zaran i jestem pierwszym potomkiem do tronu. – chłopak spojrzał na mnie – Jestem też oficjalnie jej mężem. A teraz, możesz czekać aż ta dziewczyna wykrwawi się na śmierć, albo pozwolić mi działać.

Na twarzy Dick’a pojawiło się niedowierzanie i złość. Jednak odsunął się w moją stronę. Wtedy zauważyłam krwawiącą po postrzale rękę.

-Dick, jesteś ranny… – powiedziałam, ale on tyle bezuczuciowo spojrzał na rękę, zupełnie ignorując krwawienie.  Patrzył teraz na blondyna, który przyłożył dłonie do rany Batgirl i szeptał coś pod nosem.

Nagle brunetka podniosła się biorąc głęboki oddech i kaszląc. Dick natychmiast pojawił się przy niej, obejmując ją jednym ramieniem. Poczułam lekki ucisk zazdrości w sercu, kiedy widziałam jego zatroskaną twarz skierowaną w jej stronę.

Jericho odsunął się dając tej dwójce przestrzeń. Ciemnowłosy chłopak sprawdził ranę postrzałową, ale oprócz zaschniętej krwi niw było tam nawet blizny.

-Co… Co się stało? – spytała oszołomiona Barbara, oddychając płytko.

-Już dobrze, Babs… – powiedział Richard, po czym przytulił jej głowę do swojego torsu. Tym razem poczułam niemiłe uczucie, które rozeszło się po kończynach. Patrzyłam na całą scenę i czułam się źle. Chłopak z czarną czupryną obejmował z czułością inną dziewczynę. Tak jak kiedyś obejmował mnie…

Odsunęłam się dyskretnie. Na przednim siedzeniu siedział cichy Zarańczyk, o którym niewiele wciąż wiedziałam, a który najwidoczniej miał nadnaturalne zdolności uzdrawiania. Nie miałam ochoty na rozmowę z nim. Potrzebowałam samotności.

Na statku znajdowały się dwie kabiny, w których można było się zdrzemnąć. Autopilot był włączony, więc mieliśmy kolejne 4 godziny razem w jednym miejscu. Położyłam się na łóżku z twardym materacem i małą poduszką.

Zamknęłam oczy. Wydawało mi się, że minęła sekunda, kiedy je otworzyłam. Usłyszałam zamykane drzwi. Usiadłam na krawędzi, kiedy młody, dobrze zbudowany mężczyzna wszedł do pokoju.

-Słuchaj, Kori… Wydaje mi się, że powinienem przeprosić.  To był mój plan, ale wiedzieliśmy, że byś się nie zgodziła. – powiedział poważnym tonem, patrząc na mnie swoimi niebieskimi oczyma, które wydawały się znać każdy sekret mojego życia. Poczułam dziwne uczucie w brzuchu, mimo że wiedziałam, że nie było to właściwe. Harm poświęcił się dla mnie, a ja go kochałam. Nie mogłam go zdradzić. Nawet jeśli miałam uczucia do Dick’a… To nie był czas ani miejsce.

-Nie musisz się tłumaczyć. Rozumiem. Właściwie… Dzięki Wam żyję. Uratowaliście mi życie – powiedziałam, robiąc mu miejsce, by usiadł. Chłopak musiał się pochylić by nie uderzyć głową w lampę, jedyne źródło światła w pokoju.

-Jak się ma Barbara? – spytałam, próbując nie myśleć o jego oczach ani ustach, które zupełnie mnie rozpraszały.

-Dobrze. – odpowiedział krótko, jednak najwyraźniej uznał, że powinien trochę rozwinąć temat – Zasnęła w kabinie. Była wycieńczona. Podpiąłem kroplówkę na wszelki wypadek. Dobrze, że Jericho z nami był…

Racja. Jericho. Zupełnie o nim zapomniałam. Co z nim zrobimy, kiedy dotrzemy na Ziemie?

-Teraz jesteś właściwie zamężna – powiedział Dick.

-Taaaak – przeciągnęłam to słowo. – Myślę, że skoro nie jesteśmy już na Tamaranie to małżeństwo można uznać za nieważne…

-Zgadzam się. – powiedział, po czym zaśmiał się wesoło. Spojrzał mi w oczy, a ja zobaczyłam w nich iskrę. Po chwili jednak jego uśmiech znikł – Przykro mi z powodu Harma.

-Poświęcił się dla mnie – powiedziałam ze smutkiem, spuszczając głowę. – To moja wina.

Chłopak dotknął mojej dłoni, a ja natychmiast poczułam ciepło rozchodzące się po całym ciele. Podniósł mój podbródek i zmusił mnie do spojrzenia w jego źrenice.

-To była jego decyzja. Wierzę, że uda mu się wrócić. Musimy być cierpliwi…

-Co jeżeli ja nie jestem cierpliwa? – spytałam, po czym dopiero po sekundzie zorientowałam się, że powiedziałam to na głos. Speszyłam się i moje policzki przybrały barwę różu. Ciemnowłosy chłopak spojrzał na mnie z zaskoczeniem, jednak w jego oczach zauważyłam coś jeszcze…  Nadzieję?

-Co masz na myśli? – powiedział, a nasze twarze zbliżyły się do siebie, przyciągane jakąś niewidzialną siłą. Wtedy nie wytrzymałam napięcia. Przysunęłam się bliżej chłopaka i gwałtownie go pocałowałam. Ciemnowłosy odwzajemnił pocałunek i złapał mnie w tali, przyciągając mnie do jego torsu. Czułam jego dłonie na swoim ciele, podczas gdy nasze pocałunki stawały się coraz bardziej namiętne. Nawet nie wiem kiedy wylądowaliśmy w pozycji leżącej na łóżku, wciąż intensywnie się całując. Jego usta całowały moją szyję i ramiona, a ja poznawałam każdy mięsień jego brzucha i klatki piersiowej. Richard nagle przestał i spojrzał na mnie.

-Co my robimy, Kori? – spytał zupełnie poważnym tonem, niszcząc cały nastrój. Wiedziałam co miał na myśli. Miałam Harma. Kochałam go. Dick wiedział to i ja też to wiedziałam. Ale nie wiedział całej prawdy.

-Dick… – zaczęłam, próbując mu wytłumaczyć. Podparłam się na łokciach, podczas gdy chłopak leżał tuż obok, wpatrując się w moje zielone oczy.

-Kochasz Harma – powiedział stwierdzając fakt.

-To prawda. – powiedziałam.

-Kochasz mnie? – spytał nagle niespodziewanie. Miał dość gierek. Chciał znać prawdę i zasługiwał na nią.

-Tak – powiedziałam, czując dwa przeciwne uczucia. Poczułam wpierw ulgę i szczęście, że wreszcie wiem co czułam i wiedziałam, że to nie jest kłamstwo. Z drugiej strony czułam, że właśnie zdradziłam Harma. Tego, który całe swoje życie poświęcił mojej osobie.

Zapanowała cisza, podczas której jego ręka nagle dotknęła delikatnie mojej.

-Kocham cię, Kori – powiedział, a w moim sercu na nowo rozpaliło się uczucie nadziei – Ale to nie jest fair wobec niego.

Kiwnęłam głową.

-Najpierw musisz sama zrozumieć, którego z nas tak naprawdę kochasz…

Ponownie skinęłam głową.

-Nie będziesz czekał w nieskończoność, prawda? – spytałam, przychylając głowę w jego stronę.

-Nie będę.

Był szczery. To w nim ceniłam. Zawsze mówił to co myślał i nigdy nie udawał.

-Muszę pomyśleć – powiedziałam spokojnie, a chłopak wstał, puszczając moją dłoń.

-Powiedz mi, jak podejmiesz decyzję – powiedział, zamykając drzwi. Zostałam sama. Jednak wciąż czułam jego zapach i czułam jego usta na moim ciele. Wszystko błagało o jego obecność. Ale najpierw musiałam sama się dowiedzieć czego chcę…

Chapter 27: Narzeczony

Tamaran był dziwną planetą. Nie mogłam powiedzieć, żeby był piękny, ale z pewnością miał swoje uroki. Niebo było pokryte fioletowo-pomarańczowymi kłębkami chmur, która zupełnie przykrywały nieboskłon. Nie było tutaj wielkich wieżowców ani bloków. Nie było autostrad, samochodów ani słodkich płotków przed domostwami. A jednak panowała tu pewnego rodzaju błogość.

Skradaliśmy się, ubrani w brązowe łachmany, pewnie przypominające żebraków. Nasze twarze były skryte pod kapturami. Minęliśmy parę mniejszych domów, składających się zaledwie z trzech pokoi, oblepionych dziwną, twardą substancją i z miejscami na okna. Nie spotkaliśmy wielu Tamarańczyków. Gdzieś w oddali dzieci bawiły się w berka, a jakaś starsza Tamaranka rozwieszała pranie. Nikt nie zwracał na nas uwagi, bo każdy pilnował swojego nosa. W oddali znajdował się punkt, do którego zmierzaliśmy. Był to tamarański zamek, który w rzeczywistości wyglądał niesamowicie. Wysokie wieże sięgały chmur, a ściany sprawiały wrażenie lśniąc złocistą poświatą, kiedy słońce rzucało na nie swoje promienie. Znajdował się na lekkim wzniesieniu, otoczony pięknymi, zadbanymi ogrodami z drzewami i roślinami, których nigdy wcześniej nie widziałam.

-Zaczekaj tu, Babs. Postaram się wrócić jak najszybciej – powiedział nagle Dick, kiedy stanęliśmy za jednym z większych głazów, zraz przed wielką bramą prowadzącą do zamku.

-Idę z Tobą! – nie po to tutaj przyleciałam, żeby teraz pozwolić mu odejść. Wiem, że on mnie tu nie chciał. Gdyby nie Tamaranka pewnie nigdy nie musiałby nawet się tutaj znaleźć. Ale wiedziałam, że pomimo ich krótkiej znajomości, coś pomiędzy nimi iskrzyło. I wszyscy to widzieli. Nawet ja, chociaż początkowo nie umiałam tego zaakceptować. No bo jak ktoś kogo kocham mógł nagle pokochać kogoś innego? To bolało. I pomimo tego, ze nie chciałam być zazdrosna, te uczucie towarzyszyło mi niemal zawsze, kiedy z nim byłam.

Chłopak zrobił zrezygnowaną minę, po czym spojrzał na mnie swoimi niebieskimi oczyma. Nie potrafiła się oderwać od jego spojrzenia, które wydawało mi się, że wiedziało o mnie wszystko…

-Trzymaj się mnie – powiedział z zatroskaniem w głosie. Kiwnęłam głową. Ciemnowłosy chwycił mnie za rękę, po czym ruszyliśmy przez bramę. Minęliśmy wartowników, których najwidoczniej nie obchodziła dwójka żebraków.

Wejście na plac główny nie było trudne. Richard trzymał mnie za rękę i mimo że dla niego nic to nie znaczyło, czułam się bezpieczna przy nim. Czasami wydawało mi się, że nie zdawał sobie sprawy z tego jaki jest cudowny. Dlatego nie rozumiałam Kori. Mogła go mieć na wyciągnięcie ręki, ale wybrała Harma. Fakt faktem, Harm wyglądał na ideała chłopaka – lekko opalona skóra, czupryna buntownika, zimne ciemne oczy, które sprawiały, ze nogi kobiet miękły. Ale Dick, oprócz tego, że był niezwykle przystojny, miał  sobie coś jeszcze. Światło i nadzieję, potrafił inspirować ludzi, był urodzonym przywódcą i wojownikiem.  A ja dostrzegła to już wiele lat temu. Szkoda tylko, ze on nie odwzajemniał moich uczuć…

Zgrabnie pociągnęłam się za chłopakiem do podziemnych komnat, w których śmierdziało wilgocią i starością. Nikogo tam nie było, ale mogłabym przysiąc, ze słyszę jęki i odgłos metalowych kajdan.

Znaleźliśmy się szybko w jednych z mniejszych pokoi zamku. Było to coś w rodzaju spiżarni. Ruszyliśmy przed siebie, zostawiając łachmany ograniczające nasze ruchy, za sobą. Harm dał nam mapę zamku i wskazał parę możliwych lokacji, więc musieliśmy sprawdzić wszystkie. Potem mieliśmy się udać do portu, gdzie dyskretnie wykradniemy mniejszy statek kosmiczny i wrócimy na ziemię.

Pierwsze dwa miejsca były rozczarowaniem. Zamek był ogromny i pomimo jego wspaniałości trudno było się w nim odnaleźć. Musieliśmy szukać dalej. Im dłużej nam to zajmie, tym większe prawdopodobieństwo, że przybędziemy za późno. A pomimo tego, że kochałam Richarda i nie mogłam z nim być, to chciałam jego szczęścia…

 

***

                Grupka Tamaranek w moim wieku krzątała się wokół mnie kończąc kreację, w której miałam zostać zaślubiona osobie, której nigdy nie znałam. Nie obchodziło mnie to. Moje życie skończyło się, kiedy opuściłam ziemię…

Dwójka ciemnowłosych dziewczyn przyniosła lustro, żebym mogła się w nim przejrzeć, jednak ja nawet nie podniosłam wzroku. Po chwili wyprowadziły mnie z pokoju, a ja bez żadnych oporów podążyłam za nimi. I tak nie miałabym gdzie uciec. Sama nie miałam żadnych szans z wartownikami na zamku.

Stanęłam przed wielkimi drzwiami prowadzącymi do Sali koronacyjnej. Wielki Zarządca, czyli królowa, musiała udzielić nam związku małżeńskiego. Takie były zwyczaje na Tamaranie. Wielkie drzwi uchyliły się, a moim oczom ukazała się ta sama sala. Nikogo nie było. Oczywiście, Blackstar chciała uniknąć jakichkolwiek komplikacji związanych z moim powrotem. W końcu niektórzy mogliby zacząć rewolucję. Po bokach stało zaledwie parę wartowników i głównych pomocników mojej siostry. Na środku stała ona, uśmiechając się ironicznie. Za nią stał ktoś jeszcze. Pewnie osoba, którą miałam poślubić.

Mężczyzna, starszy ode mnie o parę lat, wychylił się zza długiej szaty Blackstar. Mógł mieć około 22 lata i zdecydowanie nie pochodził z żadnej z planet, którą znałam. Wyglądał zupełnie jak zwykły śmiertelnik, oprócz tego, że miał niezwykle blond włosy, prawie platynowe. Miał jasne oczy. Trudno było określić, czy było zielone czy niebieskie. Jedyny szczegół który dodawał mu pewnego rodzaju spokoju i dobroci, to małe, wielkości piegów zielone, lśniące kropki pod oczyma. Nie był wojownikiem, bo brakowało mu umięśnionej sylwetki. Jednak to wcale nie sprawiało, że bym mniej przystojny. Wyglądał na smutnego. Czyżby on też został zmuszony do zaślubin?

Stanęłam przed nim, wpatrując się w jego jasne oczy. Mężczyzna uśmiechnął się lekko i podał mi dłoń. Zawahałam się, jednak zrobiłam to, czego oczekiwał. Stanęłam naprzeciw niego.

-Kori, poznaj Jericho. – powiedziała z satysfakcją moja siostra. – Jericho, poznaj moją siostrę – księżniczkę Koriand’r.

Wymieniliśmy ponownie smutne spojrzenia. To nie tak miało być…

-Zaczynajmy. –oznajmiła Blackstar, zarzucając swoimi długimi włosami. Wzięła nasze dłonie i rozpoczęła się uroczystość.

Najpierw zadała pytanie Jericho, który powiedział „tak”. Wiedziałam, że był do tego zmuszony zupełnie jak ja. Kiedy pytanie padło w moją stronę poczułam jak moja wolność dobiegła końca.

-Tak – powiedziałam cichym głosem, po czym spuściłam głowę i wpatrywałam się w podłogę.  W tym momencie Blackstar ogłosiła nas mężem i żoną.

Kiedy jednak kończyła zdanie powietrze przedarł donośny krzyk. Zauważyłam jak dwie postacie wpadają do Sali. Dwa ciała wartowników przy drzwiach padły na podłogę. Rozpoznałam pierwszą sylwetkę młodej dziewczyny, a zaraz za nią Richarda. Moje serce zabiło szybciej. Przyleciał tu dla mnie.

To była nasza szansa. Skumulowałam całą energię w moich dłoniach, po czym wycelowałam w moją siostrę. Kobieta nie spodziewała się tego i mogłam zobaczyć jak uśmieszek znika z jej twarzy. Upadła na podłogę, jednak była silna. Kątem oka widziałam Dicka i Batgirl walczących z resztą strażników w pokoju. Jericho zniknął mi z pola widzenia.

-Dick, musimy uciekać! – krzyknęła. Wzbiłam się w powietrze, co dawało mi przewagę na Blackstar, która nie umiała latać. Uderzyłam w nią całą siłą aż jej nieważkie ciało wtopiło się niemal w ścianę, która pękła pozostawiając głębokie szczeliny. Dziewczyna opadła na ziemię, co dawało nam parę minut czasu na ucieczkę.

Rzuciłam się w kierunku Dicka, który właśnie przebił nożem jednego z wartowników, po czym obrócił się akrobatycznie i wylądował stabilnie na podłodze.

-Idziemy, Kori. Szybko! – skinął na Babs, która również ruszyła do drzwi.

-Zaczekajcie! – powiedziałam, po czym wróciłam do miejsca, w który stał blondyn, wpatrując się we wszystko ze strachem i zaciekawieniem. Po tym co się właśnie stało czekała go pewnie jeszcze gorsza przyszłość. Szarpnęłam go za rękaw po czym pociągnęłam za mną. Chłopak początkowo się opierał, jednak później pobiegł za mną.

-Chcesz go zabrać? – spytała z dezaprobatą Batgirl.

-Nie mamy innego wyjścia. Nie chcecie wiedzieć, co by z nim zrobili… – powiedziałam szybko, patrząc na Richarda i wyczekując jego krytyki. Ciemnowłosy jednak skinął głową.

-Trzymajmy się razem.

 

 

 

Nawet nie wiedziałam, że jakimś cudem uda mi się włączyć Jericho do opowiadani, ani że uda mi się połączyć go z morderstwem Harma (o tym się jeszcze dowiecie). Jej, teraz się dopiero zrobiło ciekawie.

To chyba wracamy na Ziemię?